Wymiana kulturowa czy wymiana płynów ustrojowych? Czyli o turystyce projektowej

Turystyka projektowa, Turcja, programy mlodzieżowe, Erasmus
1 Flares Facebook 0 Twitter 0 Google+ 0 Pin It Share 1 Email -- 1 Flares ×

Turystyka projektowa, zmora edukacji nieformalnej

Marzec. Szkolenie na Węgrzech. Kwiecień. Wymiana młodzieży w Portugalii. Maj. Dwa szkolenia: Islandia i Norwegia. W międzyczasie e-mail: zaproszenie na seminarium. Gdzie? A, w Czechach – nie jadę, za blisko. Drugie na Teneryfie. O czym? To już mniej ważne. Unia, uniwersytet albo fundacja stypendialna zwraca większość kosztów dojazdu. A więc można pojeździć. Teoretycznie za darmo. W praktyce – płacimy wszyscy.

Turystyka projektowa. Dotyka studentów, którzy wybierają uczelnię partnerską nie ze względu na jej ofertę edukacyjną, a odległość od morza i ilość barów na metr kwadratowy. Pracowników organizacji samorządowych, którzy przeszukują Internet pod kątem nowych szkoleń, oby dalej, niż 1000 km od domu. Pracowników naukowych, którzy wyjeżdżają na konferencję wtedy, kiedy odbywa się w dobrym hotelu, najlepiej w górach. Pracowników urzędu miasta, lokalnych polityków – bo nagle okazuje się, że pani Halinka musi jechać z nimi na szkolenie dotyczące zarządzania projektami do Francji, choć po francusku ni w ząb.

Kto nie chce zwiedzić świata za darmo? Ja sama chętnie korzystałam z takich okazji. Dzięki „Młodzieży w Działaniu” zjechałam pół Europy. Ale kiedy wybierałam się na szkolenie, na pierwszym miejscu była jego tematyka. Miejsce było zwykle miłym dodatkiem.
Trochę inaczej podchodziłam do wymian młodzieży. Założeniem wyjazdów ma być współpraca kulturowa i poznanie ludzi z obcych krajów. Wymiany były mnie formalne, niż szkolenia. Teoretycznie przyświecał im jakiś cel (czasami były nawet dyskusje o bezrobociu!), jednak w praktyce najważniejszym punktem były wieczory kulturalne, oczywiście suto zakrapiane specjałami z poszczególnych krajów.

Szkolenia i wymiany są fajne

Było fajnie. Bo tak, fajnie jest pić rum na Lanzarote, a następnego dnia uczyć się zarządzania projektami. Śmiesznie jest wyliczać, który Włoch czy Hiszpan wcześniej zaliczy połowę panienek na projekcie. Fajnie jest uczyć się gotować lokalne specjały w Kalabrii (do dziś zapamiętałam tylko limoncello). A czasami – naprawdę dobrze poznać ludzi, z którymi pozornie  nie łączy Cię nic; z którymi nigdy nie miałbyś okazji się spotkać, a którzy po kilku miesiącach czy latach nadal wspominasz jako najlepszych kompanów krótkiej, ale intensywnej podróży.

Uwielbiałam to; tak, jak uwielbiam wyjeżdżać. Czy może być coś lepszego, niż podróż, w której płacisz tylko za dojazd (częściej: 30% kosztów dojazdu), masz zapewnione wyżywienie i nocleg, a w dodatku spotykasz naprawdę fantastycznych ludzi?

Łyżka dziegciu w beczce projektowego miodu

Z czasem jednak zaczęłam dostrzegać negatywne strony. To, że na kacu, ale jednak – uczestniczyłam w sesjach, przygotowywałam projekt, a jego rezultaty przekładałam na pracę organizacji w Polsce. A 50% pozostałych uczestników szkolenia przeszkadza, w najlepszym wypadku odsypia pijacką nockę. To, że celem 50% uczestników projektu nie jest wymiana kulturowa, a wymiana płynów ustrojowych. To, że projekt był przeznaczony dla młodzieży z mniejszymi szansami (np. ekonomicznymi, kulturowymi), a wszyscy uczestnicy to wykształceni mieszkańcy dużych miast.
Ale nadal – ich sprawa. Ja też nie stroniłam od węgierskiego wina, czeskiej Becherovki i tureckiej rakı.

Turcja, eldorado „lewych” projektów

Rozgoryczenie przyszło właśnie w… Turcji, która jest prawdziwym rajem projektów. Dlaczego? Bo w przeciwieństwie do polskich organizacji, które przedstawiają faktury na każdą wydaną złotówkę, tureckie organizacje i grupy… nie muszą się z niczego rozliczać. Co prowadzi do tego, że np. na szkoleniu nie ma profesjonalnego trenera. Nie jestem typem narzekającym na jedzenie i nocleg – widziałam zbyt wiele. Ale widziałam też tyle przekrętów, że trudno jest mi patrzeć na niektóre projekty jak na wymianę kulturową, a nie biznes. I burdel.

Sama zrealizowałam w zeszłym roku dwa projekty w Polsce.
Dobrze wiem, że trudno pogodzić interesy osób nastawionych na porządną edukację i „projektowych turystów”. Ale nie jest to wymówką do tego, żeby trener… zostawił szkolenie na dwa dni, bo jest zbyt skacowany. Uwierzcie mi, znam takie historie!

Lokalni politycy czyszczą mini-barki 

Jednak to, co można wybaczyć na wymianach młodzieży, których celem z założenia jest integracja i zabawa, powtarzane przez lokalnych urzędasów i polityków sprawia, że czuje się tylko niesmak. Jakim słowem nazwiecie urzędnika, który pracuje np. w wydziale transportu, a okazuje się niezbędny na konferencji o samotnych matkach, która jest urządzana w Wilnie? Do tego przed wyjazdem… opróżnia mini-bar w hotelu, chowając likiery, wódki i piwa po kieszeniach? No, jak?

Wybieraj projekt, a nie tylko miejsce

W Turcji po raz pierwszy wylądowałam właśnie jako wolontariuszka. Wybrałam mój projekt, bo był w 100% zgodny z moimi zainteresowaniami. Turcja była ważna, ale nie tak, jak mój rozwój. Na szczęście trafiłam na organizację, w której miałam bardzo dużą samodzielność w pracy, ale i swobodę podróży. W dodatku, choć bywało różnie – to byli naprawdę fajni ludzie!

Nie marudzę. Naprawdę, wiem, że wymiany to głównie szansa poznania świetnych ludzi. Czasem – poznania bardzo blisko. Ale reaguję nerwowo, kiedy ktoś pyta mnie, czy znam jakieś chrześcijańskie misje, bo on chce do Afryki, chociaż żaden z niego urodzony wolontariusz (tak, do tego TRZEBA mieć predyspozycje!), ani misjonarz. Albo kiedy nastolatka siedzi na szkoleniu o pomocy trudnej młodzieży (w Hiszpanii, bo ładnie i ciepło), chociaż z trudną młodzieżą łączy ją tylko zamiłowanie do trunków – i zajmuje miejsce tym, którzy naprawdę mogliby przekuć wiedzę z tego kursu na zmianę w swojej lokalnej społeczności. Albo, kiedy urzędnik od transportu nagle staje się ekspertem od aktywizacji zawodowej samotnych matek. To mnie, moi drodzy, po prostu – powiem brzydko – wkurwia.

Kibicuję każdemu, kto odważy się wyjechać na szkolenie, na którym nikogo nie zna; kto przełamuje bariery językowe i uczy Hiszpanów, jak po polsku powiedzieć Dzień dobry. Zaletą edukacji nieformalnej jest właśnie to, że jest dostępna dla każdego, bez względu na miejsce zamieszkania.
Teoretycznie – jeśli w formularzu zgłoszeniowym nie wyprzedzi Cię amator turystyki projektowej.
źródło zdjęcia

 

The following two tabs change content below.

Gosia (Rodzynki Sułtańskie)

Blog Rodzynki Sułtańskie powstał w 2012 roku i jest subiektywnym przeglądem blasków i cieni życia w kraju minaretów - piszę o kulturze, języku, kuchni, oswajaniu orientu, ale też uczeniu się siebie w nowym otoczeniu kulturowym. Więcej znajdziesz w zakładce "O blogu". Kontakt/współpraca: RodzynekSultanski [@] gmail.com

6 przemyśleń na temat “Wymiana kulturowa czy wymiana płynów ustrojowych? Czyli o turystyce projektowej”

  1. bulgarka.pl pisze:

    fajny artykuł! choć ciężko jednoznacznie wyznaczyć granicę między tymi dwoma grupami: pasjonatami szkoleń i tylko podróży…

  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

  3. blabla pisze:

    Ten komentarz został usunięty przez autora.

  4. T pisze:

    Nie jestem zdziwiony tym, że podczas szkoleń, integracji ma miejsce alkoholizowanie się. Jestem studentem i bardzo bym chciał dokądś pojechać w ramach jakiegoś programu, ale chyba jest mi trudno się zebrać samemu w sobie żeby zacząć coś działać. W związku z tym podróżuję w dużej mierze na własny rachunek.

  5. Anonymous pisze:

    Bardzo to idealistyczne: wolontariat dla wolontariatu. Moim zdaniem taki twór nie istnieje – ludzie jeżdżą na wolontariaty, żeby podróżować. Kropka. Inaczej zostaliby w Polsce – tu jest dość materiału dla wolontariusza. Co za różnica, z jakiego powodu ktoś bierze udział w projekcie, o ile oczywiście dobrze wykonuje swoją pracę. Efekt jest ten sam. W bajki o rozwoju osobistym to ja nie wierzę. Jeśli ktoś decyduje sie na wolontariat zagraniczny to moim zdaniem posiada już określone cechy charakteru – raczej ich sobie nie wyrobi w kilka miesięcy za czeską granicą. A zajmowanie miejsc przez wykształconych z dużych miast. Uważam, że proces rekrutacji powinni wygrywać ludzie najlepiej wykwalifikowani, a nie z najsmutniejszą historią osobistą… W końcu mają przydać się na miejscu, a nie być ciężarem dla organizacji goszczącej.

  6. mag pisze:

    Bylam na wolontariacie wlasnie w Turcji i zgadzam sie w 100% z tym co tu jest napisane, wiekszosc ludzi przyjechalo na wolontariat zeby sie zabawic, nawet raz w pewnej klotni z inna wolontariuszka, ktora ze mna pracowala dowiedzialam sie ze ona jest tutaj dla przygody i zabawy, a nie dla pracy(klotnia wywiazala sie po tym jak po imprezie nie przyszla do pracy)..acha spoko przynajmnıej sıe z tym nıe kryla…bylam wolontariuszem i w Polsce i w Turcji zdecydowalam sie na wolontariat poniewaz chcialam poszerzyc swoje doswiadczenie,zreszta te doswiadczenia na wolontariacie w turcji bardzo pomogl mi w mojej przyszlej pracy…jednak na12 wolontariuszy w mojej grupie tylko dwie osoby byly tam tylko dla samego wolontariatu, a nie na tak zwanej imprezie zycia..smutne to troche…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


1 Flares Facebook 0 Twitter 0 Google+ 0 Pin It Share 1 Email -- 1 Flares ×