Moje wielkie tureckie wesele… Część II: tureckie – nietureckie?

wedding_in_turkey
1 Flares Facebook 0 Twitter 0 Google+ 0 Pin It Share 1 Email -- 1 Flares ×

Organizacja ślubu i wesela w obcym kraju to naprawdę fajna przygoda. I chociaż zrezygnowałam z wielu tradycji, a część z nich została tylko delikatnie zaakcentowana – całość była przeplatanką tego, co swojskie i znane i odrobiny orientu.

Wesele zorganizowaliśmy w 6 tygodni (czytaj tutaj: Moje wielkie tureckie wesele, część I: Jak zorganizować ślub i wesele w 6 tygodni). Mając w głowie turecką stylistykę weselną (brokat, sztuczne kwiaty i dużo, dużo Photoshopa) oraz tekst Olgi na Turczynkach (moja wielka turecka porażka), zdecydowaliśmy, że większość rzeczy zorganizujemy samodzielnie: od dekoracji, po dokładnie wybraną listę piosenek i weselny tort. Dzięki temu, że mój świeżo upieczony mąż nie jest wielbicielem tureckich, przaśnych wesel, w których główną rolę odgrywa zebranie złota – udało nam się zorganizować uroczystość, którą wspominamy z uśmiechem (tak, nawet mimo całego chaosu i stresu!).

Nie udałoby nam się zorganizować wesela, gdyby nie ogromna pomoc od rodziny i przyjaciół. Koledzy mojego narzeczonego, noszący nasze muffinki na noc przed weselem; turecki świadek, który dzielnie strzegł klucza do pokoju panny młodej na sali weselnej, moja siostra i jej absurdalne poczucie humoru – byli ogromnym wsparciem. Goście z Polski, którym wręczyłam zaproszenie na miesiąc przed (cześć Ciocia! Biorę ślub za miesiąc. W Turcji. Przyjedziesz?), stanęli na wysokości zadania. Przełożyli wcześniej zaplanowany urlop, zwrócili wykupioną wycieczkę i wykupili wczasy last minute w Kusadasi (około godzinę drogi od miejsca ślubu) – po to, żeby towarzyszyć nam w tym dniu. I ani na minutę nie schodzili z parkietu!

Tradycyjne tureckie wesele – imprezy towarzyszące, czyli proszenie o rękę młodej, zaręczyny i wieczór panieński

Tradycyjnie, krokami poprzedzającymi ślub i wesele są: proszenie o rękę panny (isteme) i obietnica – zaręczyny (söz), przyjęcie zaręczynowe (nişan) i wieczór panieński – noc henny (kına) tuż przed weselem. Podczas isteme zwykle podaje się kawę po turecku – dla przyszłego pana młodego słoną i gorzką, aby podkreślić, że nie wszystkie dni małżeństwa będą słodkie. (czytaj więcej o kawie o turecku i tym zwyczaju). Jeśli prośba zostaje przyjęta (a decyzja nie należy tylko do dziewczyny, ale nadal bardzo często do jej rodziców) – odbywa się „obietnica”, czy raczej „danie słowa” – söz. W gronie rodzinnym młodzi wymieniają się obrączkami (takimi, jak my podczas ślubu) i zaczyna się właściwie planowanie wesela. Nişan to z kolei huczne przyjęcie, podobne do wesela, podczas którego para oficjalnie występuje jako narzeczona i narzeczony. Pomiędzy zaręczynami a ślubem młodzi zaczynają kompletować wyposażenie domu (ważną częścią jest tutaj kompletowanie posagu, czyli np. zastawy kuchennej, sprzętów AGD); jeśli w tym czasie wypada Święto Ofiary, czyli Kurban Bayrami, rodzina narzeczonego może wysłać rodzinie dziewczyny w prezencie kozła przeznaczonego na ofiarę – nierzadko przybranego złotem!

Dzień przed ślubem odbywa się wieczór panieński. To kolejna dość huczna impreza, podczas której rękę panny młodej maluje się henną – zwykle nie są to jednak fantazyjne wzory jak w Indiach. Hennę nakłada się w zagłębienie otwartej dłoni. Rzadziej, w niektórych rejonach, henną maluje się również mały palec pana młodego. Obrzęd henny może mieć miejsce podczas wesela.

Nie mogę powiedzieć, aby w naszym typie było wysyłanie rodzinie ozłoconego barana. Tradycje te są nadal żywe w Turcji (nieważne, czy przyjęcia odbywają się w pięciogwiazdkowym hotelu, czy na ulicy, przed domem panny młodej). Nadal zdarza się, że młodzi poznają się podczas isteme – i po krótkiej rozmowie rodziny decydują, czy młodzi wezmą ślub! Pisanie, że Turcja jest krajem kontrastów, to za mało – w sąsiedztwie od siebie żyją pary, które absolutnie niczym nie różnią się od europejskich rówieśników – oraz ci, którym żony wybrały matki, konsultując się wcześniej z sąsiadkami i rodziną.

Ani ja, ani tym bardziej mój narzeczony nie chcieliśmy bawić się w udawane proszenie o rękę czy zaręczyny na pokaz. Nie kompletowałam posagu, rodziny poznały się tydzień przed (i mimo bariery językowej, zdołali żartować i się polubić), w planowaniu wesela nie myślałam o zakupie zasłon i firanek. Żałowałam jedynie, że nie mogłam podać mojemu narzeczonymi słonej kawy (obawiam się, że mogłaby mu posmakować!).

Obrączki wymieniliśmy tuż przed wejściem na salę. (Jeszcze) narzeczony zobaczył mnie dopiero tam – wbrew tureckiej tradycji, która nakazuje młodemu odebrać wybrankę od fryzjera. Ten, żądając napiwku, zwykle nie chce wypuścić panny młodej z salonu.

Tradycyjne tureckie wesele – ślub w meczecie

Ślub religijny w Turcji to właściwie zawarcie umowy w meczecie – kontraktu małżeńskiego. Określa  ”meher” – rodzaj zabezpieczenia finansowego żony (może być formą prezentu ślubnego), a świadkowie potwierdzają, że młodzi dobrowolnie zgadzają się zostać mężem i żoną. Całość trwa kilka minut, imam nie prosi o „co łaska”. W Turcji, żeby zapobiec poligamii, imam powinien poprosić o akt ślubu – a więc ślub religijny powinien być poprzedzony cywilnym; zapisy dotyczące małżeństwa w prawie tureckim są bardzo podobne do europejskich. Nie ma więc mowy o czterech żonach ;)

My nie chcieliśmy zawierać ślubu religijnego w żadnym obrządku, jednak wiele par międzykulturowych decyduje się na ślub w meczecie – panna młoda nie musi być muzułmanką (i nie musi deklarować przejścia na islam).

A więc jesteśmy już po.

Był marsz weselny. A właściwie jego metalowa wersja, zagrana na gitarach elektrycznych (kaprys pana młodego, któremu młoda, czyli ja, przyklasnęła z ochotą).

Był bukiet z żywych kwiatów, walc na pierwszy taniec. Rock’n'roll, twist, Tarkan i Brathanki.

Była urzędniczka, która za trzecim razem pięknie wypowiedziała „Małgorzata„. Aplauz!

Był typowy bohater każdego wesela – przyjaciel, który wypił za dużo i mógłby wystąpić w „Tańcu z Gwiazdami”.

Było rzucanie ryżu, konfetti, polskich grosików.

Były biegające szkraby, które nie znają jeszcze pojęcia różnic kulturowych i religijnych; bariery językowej ani chęci zrobienia dobrego wrażenia przed innymi, a czują tylko chęć psocenia i zabawy z nowymi przyjaciółmi.

Były płaczące mamy (obie), wystrojone starsze siostry – każda na swój sposób.

obrzęd henny

Uwielbiam obrzęd henny – z wielu tureckich tradycji, ta spodobała mi się najbardziej. Tradycyjnie jest to pożegnanie młodej z jej rodziną, dlatego całość ma nieco smutny, a nieco dramatyczny wydźwięk – tak przynajmniej ocenił moją hennę szwagier – Anglik, który pierwszy raz w życiu uczestniczył w tureckim „wieczorze panieńskim”.

Panna młoda, ubrana w tradycyjny czerwony strój i czerwony welon, sadzana jest na krześle. Wokół niej tańczą kobiety, niosące zapalone świeczki. Przyszła żona powinna zacisnąć pięść – i nie otwierać jej, aż teściowa włoży w jej rękę złotej monety. Na nią nakłada się nieco henny i rękawiczki.

Wieczór panieński – kına gecesi – odbywa się zwykle dzień przed weselem. My zdecydowaliśmy, że będzie to turecki akcent już na weselu. Nie ubrałam czerwonego stroju; miałam za to czerwony welon. Po odtańczeniu halay, posadzono mnie na krześle. Była złota moneta, henna; małe upominki dla gości (woreczki z proszkiem henny, tamburyny i szaliki dla kobiet). Nie było łez przy „pożegnaniu rodziny” (byłoby to dość dziwne z uwagi na fakt, że nie mieszkam z rodziną od 8 lat ;)). A później przyszedł pan młody. Odsłonił welon, pocałował mnie w czoło (w tureckiej tradycji to właśnie pocałunek w czoło ma znaczenie, jak nasze „możesz pocałować pannę młodą”). Trudno określić, co czuje się w takim momencie – podejrzewam, że każda panna młoda zna to uczucie: podczas wypowiadania sobie słów przysięgi, pierwszego pocałunku czy wymiany obrączek (albo w innym, dowolnym momencie wesela, kiedy wzruszenie wygrywa z wodoodpornym makijażem). Uczucie, że wybrało się osobę na całe życie. U mnie było to właśnie odsłonięcie czerwonego welonu.

obrzęd henny w Turcji - wieczór panieński

A później? Później już tylko zabawa :)

Kiedy ja przygotowywałam się do wieczoru henny, mój (już) mąż, którzy ponad 13 lat występował w grupie folklorystycznej odtańczył ze znajomymi tradycyjny taniec z rejonu Morza Egejskiego – Zeybek. To taniec egejskich żołnierzy, walczących o niepodległość Turcji – bardzo wolny, który wymaga dużej siły nóg i dobrej koordynacji.

Tradycyjne tureckie wesele – prezenty ślubne

Prezenty są ważnym elementem tureckiego wesela, ba! Trudno oprzeć się wrażeniu, że najważniejszym. Tradycyjnie w Turcji w prezencie młodej parze daje się złote monety – od malutkich, jednogramowych, po prawie dziesięciogramowe monety z wizerunkiem Atatürka. Panna młoda często dostaje masywne, złote bransolety, a także złotą biżuterię. Złota nie daje się jednak ani w kopercie, ani w pudełku, a… przypina do szarf, które świeżo upieczeni małżonkowie przewieszają przez szyję. Każdy musi zobaczyć, jak dużą złotą monetę czy bransoletkę daje ciocia od strony ojca, a jaką stryjek czy kuzyn. Na wsiach zdarza się, że przy młodych stroi konferansjer z mikrofonem i informuje gości, co kto przypina młodym! Niepisana zasada głosi, że to, co przypina się nowożeńcom, na weselu córki lub syna powinno nam się „zwrócić”. Turcy uważają, że to forma pomocy młodym – prezent na dobry start, choć w istocie przypomina to raczej długoterminową pożyczkę. Fotografowie robią zdjęcia podczas przypinania prezentów, a na filmie ze ślubu pojawiają się nawet zbliżenia na złoto!

Całość trwała krótko, bardzo krótko porównując z polskim przyjęciem – tureckie wesela trwają tylko do północy. Co pozostało? Niedosyt, radość, stałe pozdrowienia od jednej rodziny dla drugiej. Teść, który ciągle żartuje, że wyśle mojej siostrze do Anglii tureckiego arbuza; szwagier, który ciągle testuje w Anglii tureckie restauracje, kuzynka zapraszająca do Polski naszego byłego współlokatora, ciągłe pytania, czy polscy goście na pewno bawili się dobrze. Zdziwienie, że dwuletni siostrzeniec męża ma tak dobre poczucie rytmu i tak dobrze czuje się na scenie (po weselu jego rodzice zdecydowali, że wyślą go do grupy tańców folklorystycznych – w końcu wujek przetarł już szlaki!).

A później? Później już można nam życzyć, aby można było o nas powiedzieć „i żyli długo i szczęśliwie”. Albo chociaż długo, bo o szczęście musimy zadbać sami ;)

P.S. Wiem, że część z Was oczekiwała więcej zdjęć. Kilka z nich opublikowałam na moim Instagramie. Resztę zostawiam dla przyjaciół, rodziny i (mam nadzieję) przyszłych pokoleń. Z góry dziękuję za zrozumienie – posty o ślubie i były dla mnie, jako dla introwertyka z natury, dość trudne. Nawet jeśli bloger zaprasza czytelników do swojego świata – musi czasem postawić też granicę prywatności :)

The following two tabs change content below.

Gosia (Rodzynki Sułtańskie)

Blog Rodzynki Sułtańskie powstał w 2012 roku i jest subiektywnym przeglądem blasków i cieni życia w kraju minaretów - piszę o kulturze, języku, kuchni, oswajaniu orientu, ale też uczeniu się siebie w nowym otoczeniu kulturowym. Więcej znajdziesz w zakładce "O blogu". Kontakt/współpraca: RodzynekSultanski [@] gmail.com

11 przemyśleń na temat “Moje wielkie tureckie wesele… Część II: tureckie – nietureckie?”

  1. ~Acea pisze:

    Witam,

    Wiem, że to nie na temat, ale czytałam Twój blog i pomyślałam, że możesz mi doradzić :) Turek zaprosił mnie do swojego domu (mieszka w Polsce). Jako, że niedawno się tam przeprowadził chciałabym kupić coś „na nowy dom”. Może orientujesz się co można kupić w takiej sytuacji żeby głupio nie wyszło :)? Ktoś sugerował mi szafran :)

    1. Gosia (Rodzynki Sułtańskie) pisze:

      Ja bym postawiła na słodycze, dobry alkohol (jeśli masz pewność, że pije oczywiście) albo np. turecką herbatę, żeby mu przypominała o domu :)

      1. ~Acea pisze:

        Dzięki :)

  2. ~Paulina pisze:

    Bardzo interesujący opis ;) Ślub w oprawie tak innej kulturowo to musi być ciekawe przeżycie.

    Gratulacje i szczęścia na nowej drodze życia!

  3. ~Ewa pisze:

    Gosiu! W odmętach internetu, pilnując snu kilkumiesięcznej córeczki trafiłam tutaj. Gratuluje! Jak miło poczytać o takich przyjemnościach dawnych znajomych :) wszystkiego dobrego! Od Ewy O ( teraz już O-G) z dziennikarstwa :)

  4. I obyście żyli długo i szczęśliwie!

  5. “Moja wielka turecka porażka” – tak tak czytałam ten wpis i nieźle się uśmiałam, ale nie wiem czy powinnam, bo nie wszystkim było wesoło. Zabawne jest też to meblowanie mieszkania przed ślubem, wpisane w tradycje slubne krajów muzułmańskich. Kupowanie sprzetów AGD, zestawów kuchennych, firanek i innych domowych dupereli. Bo to oczywiste, że mieszkanie trzeba urządzić, chyba, ze ktoś już ma to gotowe gotowe.

    1. Gosia (Rodzynki Sułtańskie) pisze:

      No tak, u nas – w Polsce czy w Europie jednak większość par pobiera się, gdy ma już urządzone mieszkanie. Mało kto nie mieszka ze sobą przed ślubem, a w krajach muzułmańskich – nawet „nowoczesnej” i „świeckiej” Turcji – jest zupełnie odwrotnie :)

    2. ja też to czytałam i się nieźle ubawiłam.
      :)
      świetnie piszesz.

      Czuję się jak na tureckim weselu.
      Super informacje

      pozdrawiam

  6. ~Dagmara Peryt pisze:

    Hej Gosiu! To wspaniale, że mogłam poczytać więcej o Twoim ślubie. Tym bardziej, że będąc w sierpniu w Kusadasi miałam przyjemność zobaczyć na własne oczy tradycyjny wieczór panieński na ulicy! Byłam nim bardzo zaskoczona, a zarazem zauroczona tą rytmiczną muzyką, tańcami i obrzędami. Kilka lat temu byłam również w turystycznej Alanyi, jednak myślę, że dopiero w Kusadasi miałam możliwość częściowego poznania prawdziwej Turcji.

    Tobie, na nowej drodze życia życzę długowieczności i wszystkiego czego sobie zażyczycie. Spełnienia marzeń nie muszę życzyć, bo znając Ciebie i Twoje zaangażowanie we wszystko co robisz, na pewno szybko się spełnią :) Trzymaj się cieplutko i rób dalej to, co robisz! pozdrowienia z swps :)

    Ps. A mam jeszcze jedno pytanie, trochę średniowieczne, ale nie zgłębiałam tematu kultury tureckiej i chciałam się zapytać od osoby, która zna ją bardzo dobrze. Podczas tego tureckiego „wieczoru panieńskiego”, który był nieopodal naszego hotelu bacznie wszystko obserwowałam wśród grupy Turków. W pewnym momencie przyszedł po mnie narzeczony mówiąc, że kelner z naszego hotelu poinformował go, abym w tym nie uczestniczyła, bo mogą kogoś porwać. Powiedz mi czy tylko sobie z nas zażartował czy miał podstawy aby o tym mówić? :)

    1. Gosia (Rodzynki Sułtańskie) pisze:

      Hej Dagmara, miło Cię gościć na blogu :) Dziękuję za życzenia i dobrą energię!
      Co do pytania, to rzeczywiście w Turcji jest zwyczaj „porywania” dziewczyn, ale chodzi tutaj o ślub bez zgody rodziców (tzn. „porwanie” jest za zgodą dziewczyny – młodzi wyjeżdżają na kilka dni). Jeśli chodziło o prawdziwe porwanie, to hmmm – może to był wieczór panieński, gdzie uczestnicy byli z jakiejś podejrzanej grupy albo mafii? ;) Wszystko jest tutaj możliwe, choć w tym przypadku pewnie kelner sobie po prostu zażartował :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


1 Flares Facebook 0 Twitter 0 Google+ 0 Pin It Share 1 Email -- 1 Flares ×